Reaktor atomowy w Świerku pod Warszawą budził przed laty sensację, był otoczony aurą tajemnicy, mgliście o nim informowano, tym bardziej wydawał się zagatkowy. Jedno nie uleglo wątpliwości: instytut w Świerku wprowadził nasz kraj w erę atomową.
  Pisząc felieton o Stefanie Howkingu nie spodziewałam się, że zostanę dzięki temu zaproszona na promocję książki Michała Gryzińskiego "Sprawa Atomu". Fizyka teoretyczna budzi od dawna nie tylko moje zainteresowanie, bo klan fizyków tworzy odrębny, hermetyczny świat. W czasach swojej szczytowej popularnosci Fridrich Durenmatt poświęcił im drtamat pt. "Fizycy", grany z powodzeniem na całym świecie, także w Polsce. Einsteinem zainteresowała mnie Edith Piaf, która mówiła o nim z podziwem: jeśli tej miary uczony lubi grać na skrzypcach, jest na pewno porządnym człowiekiem.

  Zima to nie najlepsza pora na wizytę w Świerku, który należy poznawać raczej wiosną, gdy pawilony instytutu toną w zieleni. Nie miało to dla mnie znaczenia. Byłam szczęśliwa, że znajdę się wreszcie w legendarnym miejscu. Niewielki budynek, w którym wypisywano przepustki, tchną smutkiem zaniedbania. Świerk niegdyś duma Polski, dzisiaj trwa nostalgicznie osamotniony. Nie mówi się o nim, nie pisze. Modne są banki i supermarkety. "Widać skutki działania niewidzialnej ręki" - stwierdza w swojej książce docent Gryziński, publikując tamże wykres zatytuowany "Holokaust polskiej nauki i techniki".

  Uczeni, ludzie powołania nie tracą wigoru. W skromnej salce konferencyjnej zgromadziła się licznie charakterystyczna grupa - na pierwszy rzut oka zauważyć można indywidualności. Uroczystość promocji okazała się wzniosła, choć familijna w nastroju. Otworzył ją dyrektor Instytutu Energii Atomowej Krzysztof Wieteska, po czym profesor Stefan Chwaszczewski, naukowy szef instytutu wprowadził zebranych w życie i dzieje Michała Gryzińskiego. Uczony z natury niepokorny romantyk, na skutek inkwizytorskich metod, jakie spotyka się w każdym środowisku, nie miał życia usłanego różami, co nie przeszkodziło mu z pasją prowadzić badania. Wykład docenta Gryzińskiego, którego tematem była książka, praca nad nią i teoria obalająca mechanikę kwantową, był dla mnie, laika, tylko do pewnego stopnia zrozumiały, ale zaintrygowały mnie od samego początku wyświetlane na ekranie ilustracje: wspaniała prosta w kresce grafika, skrząca się zdumiewającymi pomysłami. Utrzymana jak calość wydania, w różnych odcieniach błękitu. Ilustracje te pozwolily mi chwilami lepiej pojąć fragmenty wykładu. Potem odbyła się krótka, nader ożywiona dyskusja. Znalazłam się w grupie wyrożnionych uroczystym wręczeniem egzemplarzy książki, która jest pod każdym względem imponująca. Frapujące ilustracje są dziełem córki autora - Hanny Gryzińskiej, która przez trzy lata studiowała fizykę, co wyjaśnia (poza talentem!) umiejętność pieknego przybliżenia czytelnikowi elementów tej dziedziny nauki. Na wewnetrznej stronie tytułowej czytamy: szkice ilustrzcji w artystyczną rzeczywistość przekształciła Hanna Gryzińska. Składem komputerowym zają się syn autora - Michał Aleksander Gryziński.

  "Sprawa atomu" jest sumą 40 lat pracy naukowej fizyka, który stworzył własną, oryginalną wizję atomu i jego funkcjonowania. W obszernym dziele autor mówi prostym, klarownym językiem o walce fizyki klasycznej przeciw mechanice kwantowej, czyli determinizm kontra indeterminizmowi, a zatem: Zwycięstwo logiki nad chaosem.Rozdział 7 - słowo końcowe ma podtytuły: Newtona rehabilitować. Bohra zweryfikować. Mechanikę kwantową pogrzebać. Znajdziemy w pracy Michała Gryzińskiego refleksje nad sensem istnienia: "Człowiek - najwyżej rozwinięta forma samoorganizującej się materii. W zbiorowisku całego żyjącego świata wyróżnia się tym, że w swoich kontaktach z otoczeniem, które powołało go do życia, wyszedł poza ramy prostej walki o byt, a postawił sobie ambitne zadanie znalezienia odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące Natury: Jak? I dlaczego?. Jak przystało na fizyka o najwyższych ambicjach, Michał Gryziński jest żarliwym humanistą. Do swoich przyjaciół, poza tymi z branży, zalicza utalentowaną przedwcześnie zmarłą pieśniarkę Annę German (z wykształcenia geolog), która z mężem Zbigniewem Tucholskim bywała na jego wykładach i chętnie dyskutowała o fizyce.

  Po części głównej była lampka wina i kameralne, niemniej żywe rozmowy. W towarzystwie profesora Stefana Chwaszczewskiego oraz Jerzego Kozieła zwiedziłam potem reaktor atomowy "Maria". Olśniła mnie prostota i potęga tych niezwykłych urządzeń, metaliczny błekit chłodzącej wody basenu. Czułam się jak uczestniczka filmu science fiction. Byłam przejęta. W każdym z nas drzemie jednak dusza dziecka, które nie wierzy w coś czego nie widać. Dlatego dręczy mnie teraz pytanie: czy te neurony wogóle istnieją?
Powrot